czwartek, 19 czerwca 2014

Rozdział III

*Wer*

             Nagle wszystko stało się czarne , trzymałam mojego towarzysza mocno za rękę bojąc się , że zginę gdzieś w otchłani. w nicości. Nie czułam ani ziemi , ani powietrza , żadnego zapachu , ani światła. Jednak nagle zaczął wiać mocny wiatr.  Wydawało mi się , że spadam z prędkością światła.  Czułam się jak bym była w środku turbulencji.  Zaczęłam mieć problemy z oddychaniem.
             -Dość. ..Proszę. ..- ledwo wykrztusiłam.
Zaraz zobaczyłam oślepiające światło nbsp; , które wlecieliśmy. Poczułam jak z hukiem uderzam o ziemię. Upadłam na mój prawy bok. Przez chwilę się nie ruszałam a potem łapczywie wciągałam powietrze. Nadal leżąc , zaczynałam łapać ostrość i oglądać wszystko dookoła. Znalazłam się na wzgórzu. Stamtąd widziałam las , strumienie,  hangary , a w dolinie coś na kształt wioski. Powoli usiadłam niestety czując ogromny ból w nodze , dokładnie w udzie i ramieniu.
             -Nico...- zawołałam jednak go tu nie było.
             Po chwili dotarła do mnie istotna informacja. ,, Jestem w obozie pół krwi. No fajnie ale co teraz?!". Zaczęłam sobie przypominać całą twórczość Ricka Riordana o Percy'm.
             Wtedy z wielkim bólem obróciłam się i ujrzałam sosnę Thalii . Resztką sił przyczołgałam się do  niej i usiadłam wśród jej korzeni. Musiałam czekać na pomoc . Było mi gorąco więc jakoś z bólem zajęłam z siebie tunikę i związałam w pasie.  Ramię z każdym ruchem mi dokuczało coraz mocniej. Kiedy już byłam na skraju wytrzymałości usłyszałam głosy i kroki. Były szybkie jak by ktoś biegł.  Towarzyszył im jeszcze dźwięk uderzanego metalu o metal.
             Wstałam na lewej nodze i zamiast ruszyć do ,, wioski"pokuśtykałam w stronę źródła tych dźwięków. Oczywiście ja jak to ja potknęłam się o coś i zaczęłam turlać się w dół górki. Kiedy odzyskałam równowagę i siedziałam a nie leżałam zobaczyłam , parę nastolatków w zbrojach , z mieczami bądź toporami. Wszyscy na mnie patrzyli.
             - Ej ona chyba nie gra!- ktoś krzyknął z tłumu.
             -Ale ma w ręku flagę!
             Spojrzałam na nich krzywo. Kręciło mi się w głowie i ledwo trzymałam fason. Spojrzałam na moje ręce.  Miałam w jednej skrawek materiału. Jakaś dziewczyna o blond włosach podeszła do mnie i kucnęła na przeciw mnie.
             - Jak się tu znalazłaś?
             -Nico... Prometeusz. .. Rick... ciemno...- z trudem mówiłam każde słowo.  Choć i tak żadne z nich nie miało dużego sensu.
             - Jest ranna. Niech ktoś ją zabierze do Wielkiego Domu.  Skuliłam się.
Z tłumu wyłonił się wysoki , brunet o błękitnych oczach. Podszedł do mnie,  uśmiechnął się serdecznie i wziął mnie na ręce. 
             -Ał! - krzyknęłam z bólu.  To mnie trochę ,, orzeźwiło" . - Pójdę sama!
             - Powiedz co Cię boli to będę uważać. - powiedział chłopak.
             - Możesz mi pomóc iść ale nie nieść. - zaprotestowałam i zaczęłam się wiercić. On natomiast grzecznie mnie odstawił i  pomógł mi iść.  Wszyscy nastolatkowie zaczęli iść wolnym krokiem za nami.
             - Jak Cię zwą?  - zapytała blondynka.
             - Y co? - byłam zdezorientowana.
             -Jak masz na imię .-  wytłumaczył chłopak.
             - A... Wer...
             - Jestem Percy. ..
             - Jackson! - dokończyłam za niego wyszczerzając oczy.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
             - Aż taki sławny jestem?
Puściłam jego komentarz mimo uszu.
             - Ty jesteś Annabeth Chase.
             - Nie inaczej. - przytaknęła jednak w jej oczach widziałam lekki niepokój.
             - To wszystko jest cholernie beznadziejne. - odparłam gdy zbliżyliśmy się do obozu Herosów.
             - Dziwne jest to skąd ty to wszystko wiesz.- odparł nieznajomy głos.  Nagle zza drzewa wyszedł od pasa w górę człowiek a w dół ... koń.
             - I jeszcze to do tego! - pokazałam błagalnym gestem. - ja chcę się obudzić z tego koszmaru!
Wszyscy w okół mnie zaczęli się śmiać.
             - To jest jawa. - odparł nieznajomy.
             - Y... Chejron. ..?
             - Owszem.
Nagle zaczęło mi się kręcić w głowie.   I ogarnęła mnie ciemność.

*******************

             Obudziłam się z krzykiem.  Miałam koszmarny sen... Liw w Krakowie,  tajemnicza postać, Nico di Angelo!  A potem Prometeusz , potwory , Ciemność a najśmieszniejsze było to , że wylądowałam w... Obozie Pół Krwi. ..prze zabawny sen co nie?
Ale później do mnie dotarło.
             Zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu , w którym się znalazłam. Była to mała izba.  Po kątach były rozstawione szafki i szuflady , niektóre były otwarte i dostrzegłam w nich bandaże , skalpel i maści. Nie opodal mnie siedział chłopak. ..
             - Nico. ..- zaskomlałam. Jednak miałam cichą nadzieje , że to był sen.
             - Też się cieszę , że Cię widzę Weroniko. - odparł ponuro.
             - Znaczy to nie tak! Miałam cichą nadzieję , że to był sen...
             - Po obiedzie masz wizytę Chejrona.
             - Nico siedział trochę niechlujnie, nogi miał szeroko rozstawione, lekko się garbił i popierał się na rękach.
             - Czemu nas tak zaatakowałeś?
             - Wiedziałem , że Prometeusz was goni.  I chciałem mieć to z głowy.
Zmrużyłam oczy.
             - No dziękuję. .. Gdzie jest Liw!?- zerwałam się z miejsca.
             -Pani O'Leary ją zabrała ale nikt nie wie gdzie. Po prostu zniknęły .
             - Trzeba je znaleźć!
             - Na razie nie. Zaraz centaur przyjdzie. - Nico wstał , ze stołka i ruszył do drzwi.
             - Czekaj.!
Chłopak na mnie spojrzał.
             - Czyli bogowie olimpijscy istnieją a twoim ojcem jest...
             - Hades. - wtrącił i wyszedł.
Chyba był naiwny , że zostanę tu i będę udawać , że nic się nie stało. Wstałam szybko z łóżka i od razu zauważyłam , że nic mnie nie boli.  Na wszelki wypadek podskoczyłam dla pewności i zaraz rzuciłam się po skalpel. Tak dla bezpieczeństwa. Już miałam wyjść z domu kiedy drogę zostawił mi Chejron.
             - Lepiej nigdzie nie idź. - powiedział rozbawiony.- A to .- skierował palec na narzędzie w mojej dłoni lepiej odstaw bo się pokaleczysz. Musimy porozmawiać o twojej przyszłości.  Chodź ze mną.

* Liw *

              Obudziłam się, zasysając łapczywie powietrze. Otworzyłam od razu oczy. Nie musiałam nawet przez chwilę zmuszać się do pobudki. Kraków. Prometeusz. Weronika. Cień. Lupa... Wspomnienia nie dały o sobie zapomnieć. Cień... Noga... Bałam się spojrzeć na złamanie. Jednak w końcu się przemogłam. Piszczel był... zdrowy. Prosty i normalny. Podwinęłam nogawkę od czarnych leginsów i okazało się, iż to miejsce wygląda zupełnie normalnie... Co? Czyżby złamanie i ból... To było złudzenie?
             -No nieźle pospałaś... Lupa zaczynała mieć wątpliwości... - usłyszałam męski głos niedaleko mojego ucha.
             Obok mnie, oparty o szarą ścianę siedział chłopak. Był bardzo dobrze zbudowany. Kiedy oddychał widziałam jak każdy jego mięsień pracuje. Jego limonkowe oczy wpatrywały się we mnie z rozbawieniem. Krótkie, postrzępione blond włosy wystawały w każdą stronę świata. Miał na sobie szary podkoszulek na ramiączkach, jeansy i zielone trampki z narysowanymi skrzydłami po boku.
             -Chodź pomogę ci wstać...
Podszedł do mnie od tyłu i pomógł mi oderwać znieruchomiałe plecy od podłoża.
             -Odejdź od niej Eriku... - usłyszałam chrapliwy kobiecy głos.
Z cienia wyłoniła się biała wilczyca.
             -Musi pokazać, że zasługuje na miano wojownika...
Blondyn odczekał, aż oprę się łokciami o ziemię i puścił mnie. Z nie małym trudem podciągnęłam się i wstałam chwiejnie na nogi. Moja postawa dawała wiele do życzenia, więc wyprostowałam się jak igła, byleby zadowolić surowego wilka. Widać było zadowolenie na pysku trenerki.
             -Idziemy na walkę mieczami...
             -Matko... - wtrącił się chłopak – nie myślisz, że to dla niej za wcześnie?
Warknęła agresywnie.
             -Nigdy nie waż się podważać mego zdania wojowniku!
Chłopak okazał skruchę i pochylił głowę. Zwierze się wyprostowało i uspokoiło.
             -Za mną. - rozkazała.

* * *

             -Ludzie to niebezpiecznie zdradliwa rasa. Żadne inne stworzenie chodzące po Ziemii nie potrafiło skrzywdzić tak bardzo inny jak i swój gatunek. Są okrutni... Ale na okrucieństwo.. odpowiadać musimy my. Zostałaś moja mała wojowniczko wybrana na moją wychowankę z Polski... Czuj się zaszczycona.. - mówiła bardzo powoli wilczyca. 
Przestąpiłam z nogi na nogę.
             -Co cię trapi? - przekrzywiła głowę z zaciekawienia.
             -Jak ty się w ogóle z nami porozumiewasz..?
Jej klatka zadrżała co wskazywało na rozbawienie nauczycielki.
             -Nie zauważyłaś, że nie poruszam szczęką...?
Przewróciłam oczami.
             -Może nie jestem doinformowana.. ale nie głupia!
             -Nie wzbudzaj w tobie twych Marsowych zapędów! Spokojnie... Nie twierdze, że Minerwa cię opuściła... Tu... W mojej jamie w której wychowuje wojowników... Wszyscy słyszą myśli wszystkich, ale tylko takie jakie udostępniają...
             Kiwnęłam głową. Nie mam zamiaru nikomu nic „udostępniać”. Nastała krępująca cisza. Po raz pierwszy skupiłam się na sali treningowej.. chociaż raczej.. jaskini treningowej. Miałam wrażenie, że znajdujemy się pod wielką kopułą. Nie było tu żadnych mebli, mat czy okien. Ściany, podłoga, sufit... wszystko było z szarego kamienia. Jedynymi elementami na sali były cztery pochodnie zawieszone pod sklepieniem oraz rozrzucone na ziemi bronie. Jama posiadała też swoją własną krystaliczną rzeczkę, która wartko płynęła przy wschodniej ścianie.
             -Liwio pora zacząć trening... - po tych słowach, ustawiła się w pozycje atakującą.
Cofnęłam się lekko przerażona.
             -A... ale tak bez żadnych przygotowań?!
Przewróciła oczami.
             -A myślisz, że na wojnie powiedzą ci co i jak?
Prychnęła na swój wilczy sposób i przygotowała się do skoku. Obudziły się w mnie półboskie zdolności. Odskoczyłam do tyłu i przeturlałam się na plecach. Chwyciłam za miecz. Podniosłam ostrze do góry i wycelowałam w Lupę. Jednak ona nie zrezygnowała, już szykowała się do kolejnej szarży.
             -Nie chcę cię skrzywdzić! - krzyknęłam ze strachem.
Jednak wilczyca nie słuchała rzuciła się, a ja uderzyłam z zabójczą prędkością w zwierze. Usłyszałam cichy pisk. Z łapy lała się bordowa krew. Rzuciłam się na kolana.
             -Na różowe slipki Aresa... Przepraszam! Mówiłam ci, że nie chcę...
             -Wspaniale! - powiedziała ostrożnie się podnosząc – mogła ci się to wydawać prosta walka! Twoja sztuka walki.. niesamowite! Nie muszę cię nic z tego uczyć!
Opadła mi szczęka. Czy Lupa... właśnie.. wstała z noga ociekającą od krwi... i mówi.. mi.. jak jest ze mnie dumna... że prawie jej odcięłam kończynę?!
             -C..co?!
             -Twój rodzic z każdym dniem staje się bardziej nie do odgadnięcia! Mars? Minerwa? 
Przymknęłam oczy.
             -Chyba nie rozumiem...
             -Wiesz, że to wszystko istnieje.. wszyscy bogowie i pół-bogowie... Naprawdę myślałaś, że w tym wszystkim jesteś śmiertelnikiem? - spytała jakby odpowiedź była oczywista.
             -Y... TAK?! - podkreśliłam słowa prostując ręce.
Wilczyca wybuchła serią krótkich szczeków, która przypominała śmiech.
             -Mała wojowniczko... Od ciebie bije wielka moc... Nawet nie jesteś świadoma... - przerwała w połowie zdania i rzuciła opanowane spojrzenie w stronę wejścia.
             -Zapraszam Ericku..
Chłopak nieśmiało wszedł do pomieszczenia.
             -Matko... Masz gościa...
Kiwnęła w moją stronę.
             -Niestety.. Muszę się udać na chwilę.. Zostawiam cię w rękach wojownika..
Skinęłam głową. Biała wilczyca wyszła zamiatając ogonem ziemie. Kiedy zniknęła mi z oczu spojrzałam z wyrzutem na Erika.
             -To twoja matka? - palnęłam z grubej rury.
Uśmiechnął się ciepło.
             -Nie... ale każdy tak do niej mówi. W końcu też zaczniesz... A tak naprawdę jestem synem Hermesa... - podał mi rękę na przywitanie.
Skrzyżowałam ręce na piersi. Speszony cofnął dłoń.
             -Myślisz, że to robi wrażenie? - spytał.
             -Co niby?
             -Że mówisz.
             -Co? - potrząsnęłam głową zdezorientowana.
             -Im dłużej tu przebywamy tym bardziej zatracamy umiejętność mowy... Ja chyba nie mówiłem od 60 lat...
Zamrugałam oczami. No tak..
             -Hej.. ile ty masz lat?
             -W sumie... koło 78 lat... ale wiesz... tu czas stoi.. - w jego głosie wyczuwałam smutek.
             -Spędziłeś w tej jamie 60 lat?
Przytaknął.
             -Jak się tu znalazłeś?
Erik był tajemniczy. Nic nie odpowiedział. Jego oczy wyglądały jak ze szkła... Chyba.. chyba miał się zaraz popłakać. Podeszłam do niego i przytuliłam go. Gorący tors drżał. Nie był o wiele wyższy ode mnie. Pachnął wanilią.
             -Nie powinniśmy tego robić...
             -Czemu niby? - powiedziałam szeptem.
             -Tu nikt nie powinien okazywać uczuć...
             -Ponad pół-wieku bez emocji? - zdziwiłam się.
             -Nikt tu tyle nie jest..
Oderwałam od niego twarz.
             -No.. zostałem oficjalnym pomocnikiem Lupy.. Będę jej służyć do końca życia... Jeśli dobrze pójdzie też dostaniesz taką szansę...
             -Błagam cię... to więzienie,a nie szansa!
Skarcił mnie wzrokiem.
             -To zaszczyt...
I na tym zakończyliśmy rozmowę. Puściłam go i cofnęłam się, a chwilę później wróciła moja trenerka.
             -No to możemy wrócić do treningu czy wolicie...?
             -Wolę zostać sama... - warknęłam myślami.
Poczułam karcący wzrok Lupy, więc wyszłam wściekła.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział II

*Wer*
             -Ale jak to? -odezwałam się po raz pierwszy w tym miejscu. Całkowicie nic nie rozumiałam . Mitologia , bogowie , tajemnicza postać, cienie i tajemniczy chłopak o imieniu Nico. To wszystko nie trzymało się kupy. Chciałam się obudzić z tego koszmaru.
             -Normanie – uśmiechnął się miło Prometeusz. – Wszystko Olimp , Hades , Elizjum , Tartar to wszystko istnieje.
Przytakiwałam jednak nadal nic nie pojmowałam. Nagle zza okna zobaczyłam już znajomą mi sylwetkę.
             -Zsuń się!- Położyłam rękę na głowie Liw i mocno na nią naprałam robiąc to samo. Zniżyłyśmy się do poziomu stolika.
             -Co jest?- szepnęła.
             -di Angelo.
Liw pokiwała głową ,że ogarnia.
             -Poszedł.- przekazał nam tytan.
Wróciłyśmy na swoje miejsca a moje serce nadal waliło jak oszalałe.
             -Czyżbyście się dały tak łatwo przekonać? – uśmiechnął się zadowolony.
             - Co to to nie!- odparłam szybko. W tym samym czasie kelnerka przyniosła zamówienie. Wszystko było by normalne gdyby w napoju Prometeusza dziwna ciecz nie świeciła niczym promienie słoneczne.- Co tam jest?
             -Ambrozja.
             -Napój bogów.
             -Co to…
             -Coś co pozwala nam się zregenerować.
             -Ale jesteś tytanem. – zasugerowałam.
             -Jednak to działa na wszystkich , oprócz ludzi. Ich by to zabiło.
             -Acha…
W głowie brzęczały mi słowa ,,Oprócz ludzi’’ i ,,ich by to zabiło”. Zaczęłam się zastanawiać co to znaczy i wtedy nastała niezręczna cisza. Na szczęście przerwała ją Liw.
             -O co chodziło Nico o tym obozie.
             -Tam są tacy…no… - zastanowił się jednak zaraz dodał .- tacy źli jak di Angelo.
Rozszerzyłam oczy. ,,di Angelo’’
             -Ale jak źli? – dopytywała moja przyjaciółka.
             -Bardzo.
             -Nie rozumiem.
,,di Angelo…znam skądś to nazwisko…’’-myślałam
             -No ale teraz musimy pomyśleć jak was obronić…-wymigiwał się tytan.
             -Ale niech Pan mi to wyjaśni!- zażądała ciemnooka.
,,di Angelo…Nico …di…Angelo…’’
             -O HADESIE ! NICO DI ANGELO!- krzyknęłam , wstając.
Na twarzy  Prometeusza przez ułamek sekundy ujrzałam przerażenie, ale zaraz się uspokoił.
             -Tak ma na imię ten chłopak , który Was gonił.
Spojrzałam na Liw.
             - Rick Riordan!
Wtedy do mojej przyjaciółki dotarło. Zaraz się zerwała z miejsca i spojrzała przerażona na nieznajomego.
             -Ty jesteś…
             -Spokojnie! Ale Gaja nie żyje! Jestem po stronie bogów…
Po raz kolejny raz pociągnęłam Liw za rękaw w stronę wyjścia. W tym czasie ona wyciągnęła telefon by zadzwonić a zaraz po tym usłyszałyśmy ryk  Prometeusza.
             -Namierzą WAS!
Zaraz Liw nie miała już komórki.


*Liw*


             -Hej! - krzyknęłam – mój telefon!
Może nie był to najwyższej... dobra nie oszukujmy się. Moja komórka to był stary „Szajsung” z którego dało się dzwonić i pisać esemesy. KONIEC OPCJI. Jednak przywiązałam się to tej kochanej cegły. Teraz leżała roztrzaskana i płonąca pod naszymi stopami.
             -Musicie iść ze mną... - powiedział ostrożnie Prometeusz.
Jęknęłam ze wściekłości.
             -Ludzie! Możecie przestać to powtarzać?! - krzyknęłam i ruszyłam ku wyjściu.
             Jednak inni klienci z baru zagrodzili mi wyjście Ich ciała zaczęły się deformować... Stały przede mną monstra z mitologi. Suuuper. Cofnęłam się o krok. To było naprawdę mądre posunięcie bo w tej samej chwili szyby buchnęły i do sklepu wskoczył Nico di Angelo. Syn Hadesa. Długim mieczem ze stygijlskiego żelaza odciął potworom łby, a te zmieniły się w proch. Tuż za nim stała Pani O'leary. 
             Skoczyli na resztę. Ogar rozrywał wrogów na strzępy, a Nico ciął ich z niewiarygodną szybkością. W końcu został tylko Prometeusz, ale jego... Jego już nie dadzą rady pokonać. Hadesowy rzucił się ku Wer i chwycił ją za ramię. Po chwili zniknęli w cieniu. Spojrzałam z przerażeniem na Piekielną Ogarzycę. 
             Przyszykowała się do skoku i po chwili już trzymała mnie w łapach. Owiał nas chłód. Z przerażenia zamknęłam oczy. Poczułam jak szybujemy. Bo chwili twardo upadłam na twardą ziemię. To wszystko.... to wszystko stało się tak szybko... to musi być głupi sen... Przyłożyłam dłoń do skroni. Otworzyłam oczy i spojrzałam na rękę. Cała była we krwi. Cholera... Czyżbyśmy... trafiły do obozu Herosów? Czy... czy to wszystko dzieje się naprawdę?
              Podniosłam się powoli. Syknęłam z bólu. Nogę przeszył mnie niewyobrażalny ból. Spojrzałam na nią. Wygięta pod nienaturalnym kątem... Złamana... Damn it! Rozejrzałam się. Miałam kogoś wołać? Wokół mnie wił się mrok i nic przez niego nie widziałam.
             -Halo? Pani O'leary? - krzyczałam rozpaczliwie – Jestem w obozie Herosów?
Nagle ciemność ustąpiła światło, a ów światło przemieniło się w śnieżnobiałego wilka. Wydawało mi się, że smukłe zwierze się uśmiecha... Ale czy wilki tak potrafią?
             -Niestety muszę cię rozczarować młoda wojowniczko... Bogowie mają dla ciebie inny los niż dla twej siostry...
Opadłam na ziemie. Łzy leciały mi ciurkiem. Co jeszcze „wspaniałego” mogło się dziś zdarzyć? Co się stało z Wer? I gdzie ja do pioruna jestem?! Poczułam chłodny nacisk na zdrowej nodze. Otarłam łzy. Zwierze patrzyło na mnie mądrymi niebieskimi oczami.
             -Młody herosie... Jestem Lupa... I będę cię szkolić.


sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział I

*Wer*
             Lekcje ciągnęły się w nieskończoność a w głowie miałam cały czas tajemniczą postać ,którą zobaczyłam z Liw przed ambasadą. Nie wiem czemu gdy ją ujrzałam poczułam dreszcze chodź nawet nie widziałam jej twarzy. Gdy zniknęła rozstałam się z Liw gdyż musiałam iść do szkoły. Z drobnym lękiem skierowałam się w stronę miejsca mojej edukacji.
             Nagle z rozmyśleń wyrwał mnie dzwonek kończący lekcje. Ni z tego ni z owego zerwałam się z miejsca , szybko i byle jak pakując książki i wyleciałam ze szkoły jak wiatr. Umówiłam się z Liw pod galerią handlową byśmy mogły spędzić resztę wolnego czasu.
Zaraz po przywitaniu się z nią i jej tatą rzuciłam cicho pytanie.
             - Widziałaś go znowu?
             -Nie…- pokręciła głową.
             -Może… może po prostu nam się wydawało…- mruknęłam próbując się uspokoić. – I nie histeryzujmy przecież on tylko tam stał…
             - O czym mówicie?- wtrącił tata Liw.
             - O niczym!- uśmiechnęła się Liw ukazując swoje śnieżnobiałe zęby.
             -Właśnie!- przytaknęłam.
             -Dobra chodźcie coś zjeść. Liw dawno nic nie jadłaś.
Po posiłku postanowiłyśmy przejść na spacer zostawiając tatę mojej przyjaciółki samemu sobie. Ruszyłyśmy w stronę rynku rozmawiając o wszystkim i o niczym , szybko zapominając o tajemniczej postaci. Weszłyśmy w ciemną uliczkę odchodząc od centrum miasta. W jednym momencie ujrzałam coś co szybko przesunęło się po ścianie zewnętrznej budynku stojącego wzdłuż tej ulicy. Na początku to zignorowałam jednak , później widziałam dużo cieni  ,,latających’’ wzdłuż ścian. Było ich naprawdę dużo więc stanęłam zdezorientowana. Liw zrobiła to samo.
             - Chodź!- pociągnęłam ją za rękaw gdy odzyskałam myśli. Po chwili ogarnęło mnie pewne uczucie , które nie potrafiłam opisać. Nie wiedziałam czy jest pozytywne czy negatywne więc nie ryzykowałam i zaczęłam biec wlokąc za sobą przyjaciółkę.
             Widziałam jak cienie kierują się za nami jakby chciały nas gonić. W pewnym momencie cienie zaczęły się spajać ze sobą i tworząc jedną całość. Nagle z niewyobrażalną szybkością przesunęły się za kontener ze śmieciami i zniknęły nam z oczu. Odetchnęłam z ulgą.
             -Chodź Liw… lepiej wracajmy…
             -Nigdzie nie idziecie.- przerwał mi tajemniczy głos.
Rozejrzałam się zdezorientowana szukając jego właściciela. Wtem zobaczyłam jak wysoki , blady chłopak o gęstych czarnych włosach  i tak samo ciemnych oczach wyszedł za (o dziwo!) tego samego kontenera  na śmieci , za którym schowały się tajemnicze cienie.
             -Y? Co?- zapytałam.
             - Powiedziałem : nigdzie nie idziecie.- wyraźnie akcentował każde słowo. Wyglądał jak by był w moim wieku albo troszkę starszy.
             - Chyba nie rozumiem.
             - Musicie iść ze mną. Zaprowadzę was do obozu.
Prychnęłam.
             -Po pierwsze : Nidzie nie idziemy. Po drugie : Obozu? Jest środek roku szkolnego. – spojrzałam pytająco na Liw jednak ona na niego patrzyła jak by była w transie.
Tajemniczy gość zrobił szybki krok w nasza stronę. Zaniepokoiło mnie jego zachowanie.
             - Liw. Idziemy!


*Liw*

-Liw... idziemy – powiedziała stanowczo Wer.
Jednak coś przyciągało mnie w tym chłopaku coś... znajomego. Przyjaciółka pociągnęła mnie za rękaw od czarnego płaszcza.
-LIW!
Ale ja wciąż mierzyłam się wzrokiem z chłopkiem. Coś błysnęło w jego oczach. Coś... zabójczego. Ale nie mówię tu o zabójczym uroku, ale o naprawdę morderczym spoglądaniu. TO mnie przeraziło. Odwróciłam się i rzuciłyśmy się do natychmiastowej ucieczki. Bezkształtny mrok sunął po ścianę. Gonił nas. Wykręciłam głowę do tyłu, ale tajemniczego chłopaczka już nie było. Nagle uderzyłam w coś głową. Był to twardy zimny tors. Podniosłam wzrok i ujrzałam... Co?! Tuż przede mną stał ów dziwak. Odskoczyłam jak oparzona.
-Powiedziałem.. że... idziecie ze mną – wypowiedział każde słowo powoli tajemniczym głosem.
-Chyba śnisz! - kopnęłam go tam gdzie powinna się znajdywać jego męskość.
Zgiął się w pół i upadł na ziemie. Nie czekałyśmy ani chwili dłużej. Obróciłam się o pół obrotu i znów oddalałyśmy się od nastolatka. Brakowało mi już oddechu. Wypadłyśmy zasapane zza zakrętu. Ulica była kompletnie opustoszała. Nie mogłyśmy trafić na wypełnioną tłumami? Nagle ujrzałam wysokiego mężczyznę pod ścianą.
-Proszę pana! - wydarłam się.
Podniósł wzrok.
-Liw nie wiem czy to... - zaczęła, ale jej nie posłuchałam.
Podeszłam to faceta. Był dużo wyższy ode mnie. Długie czarne włosy miał spięte w niski kucyk. Skórę miał oliwkową. Stał od tak w czarnym gajerku i wpatrywał się w nas oczami, które kolorem przypominały ciemną chmurę.
-Słucham?
-Goni nas jakiś chłopak! Mam wrażenie, że... Mam wrażenie, że zmienia się w cienie! Nie potrafimy mu uciec! Pomoże nam pan?
Wer stała z otwartą buzią z wyrazem niedowierzania na mnie. Jednak nie zwróciłam na nią uwagi i wpatrywałam się z nadzieją w inteligenta w garniturze.
-Chyba mogę wam pomóc... - wskazał dłonią uliczkę obok – Chodźcie.. chyba potrzeba wam gorącej czekolady...
Mimo wszystkich zmysłów jakie kazały mi od niego uciekać ruszyłam za nim. Uliczki w Krakowie były ułożone z brązowych kamiennych płyt. Budynki były w stylu renesansowym i zżółkły ze starości. Nagle oczom ukazał mi wielki drewniany szyld. „Pijalnia czekolad u Hebe”. Weszliśmy do pija. Wyglądało tu jak w karczmie. Wszystko było wyłożone tu ciemny sosnowym drewnem. Usiedliśmy przy stoliku, który był najbliżej baru. Usiadłyśmy niepewnie. Wer siedziała lekko otumaniona. Cała ta sytuacja plus czekolada z nieznajomym trochę ją przerosła. Nasz towarzysz kiwnął głową na kelnerkę.
-Dwie mleczne czekolady, a dla mnie duże piwo z dodatkiem... - mrugnął porozumiewawczo okiem – wiesz czego...
Dziewczyna uśmiechnęła się i zniknęła za ladą. Facet znów zwrócił się do nas.
-No... z tego co zrozumiałem... Zetknęłyście się z Nico di Angelo... On podróżuję Cieniem...
-Kim pan w ogóle jest? - zagadnęłam.
Zaśmiał się tubalnie i odchylił się delikatnie na krześle.
-Jestem Prometeusz...
Ściągnęłam brwi.
-Jak ten z mitologi greckiej?
-Jest tylko jeden taki!
Pokręciłam głową zdezorientowana.
-Przepraszam, ale chyba nie rozumiem... Powiedział pan właśnie, że jest pan Prometeuszem... Tym dokładnie co występuje w Starożytnych Mitach?
Kiwnął głową. Nie mogłam w to uwierzyć. Co za brednie wciskał nam ten „Prometeusz”?!
-Widzisz moja droga Liwio... Bogowie Greccy to nie wybryk bujnej wyobraźni waszych przodków. Oni istnieją... Naprawdę istnieją. I tak jak w spisanych przez poetów powieściach... Mają dzieci z Bogami... Otwórzcie oczy dziewczyny! Mitologia jest prawdziwa!

Prolog

*Wer*

             Mam na imię Weronika i mam 15 lat. Pochodzę z takiej dużej wsi-Krakowa i jestem… a raczej byłam typową nastolatką. Nie miałam przyjaciół w realnym świecie tylko w internetowym. Od września zeszłego roku znam 5 świetnych dziewczyn. Jak je poznałam? Przez grupę na facebook'u.Stały się moimi przyjaciółkami choć w życiu ich nie widziałam. Później okazało się, że jedna z nich mieszka w tym samym mieście co ja. Byłam wniebowzięta i cieszyłam się jak mała dziewczynka z tego, że mogłam mieć w ,,realu’’ przyjaciółkę. Z Ang widywałam się często i byłyśmy praktycznie nierozłączne (tak jest w sumie do dziś) . Jednak parę tygodni później Liw ( jedna z wspomnianych dziewczyn) napisała do mnie, że przyjeżdża do Krakowa na jeden dzień. Obydwie byłyśmy po prostu szczęśliwe. Odliczałam dni do jej przyjazdu gdy nastał ten wspaniały dzień:
             Obudziła mnie piosenka mojego ulubionego zespołu z dopiskem: ,,LIW!” . Natychmiast zerwałam się, z łóżka i zaczęłam się ubierać w już wcześniej przygotowane ciuchy: jeansy , biała bluzka na ramiączka i do tego wyjściowa fioletowa tunika. Po chwili wybiegłam z pokoju do kuchni , której już urzędowała moja mama.
             - Wiesz ,że nie powinnam Cię zwolnić z hiszpańskiego.- rzuciła na dzień dobry.- Mimo tego iż przejeżdża Liwia. Czemu nie mogłybyście spotkać się po lekcjach? Skoro ma rodzinę w Krakowie.
             ,,No tak’'– Pomyślałam. Moja mama myślała, że Liwia pochodzi z miasta królów czyli Krakowa. Musiałam jej tak mówić bo inaczej nie pozwoliła by mi w ogóle wchodzić  na internet. Była strasznie surowa jednak gdzieś w głębi duszy paliła się iskierka dobra dla mnie.
             - No bo ona o 17 ma pociąg!- wytłumaczyłam i zaczęłam dosłownie pochłaniać  kanapki by jeszcze wcześniej być na dworcu. Zaczynałam lekcje o 9 a moja przyjaciółka miała być o 7:50 w Krakowie. Chciałam się z nią zobaczyć chociaż na 40 minut a po lekcjach na parę dobrych godzin.
             Moja mama wyszła już z pomieszczenia by się położyć jeszcze na chwilę a ja pobiegłam do łazienki, szybko załatwić poranną toaletę. Po w sumie 20 minutach po obudzeniu byłam gotowa do wyjścia więc poleciałam na przystanek. Mój tramwaj nie przyjechał więc musiałam jechać pierwszym lepszym dwa przystanki a potem się przesiąść. W miejscu mojej przysiadki okazało się ,że zdarzył się wypadek i tramwaje przyjeżdżały z opóźnieniem. Wysłałam do Liw sms ,że się spóźnię. Czekałam  około 20 minut aż zobaczyłam mój upragniony środek transportu . Dosłownie wryłam  się do niego bym przypadkiem mogła nie zostać na przystanku ze względu na ilość ludzi w pojedźcie. Po chwili byłam już praktycznie na miejscu. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę umówionego miejsca spotkania. Byłam już tym zmęczona jednak myśl, że zobaczę przyjaciółkę mnie motywowała. Po chwili z oddali zobaczyłam drobną osóbkę ubraną cało na czarno. Pomachałam nie pewnie z myślą, że to moja Liw i ujrzałam  jak z prędkością światła biegnie w moją stronę. Zrobiłam dokładnie to samo. W mgnieniu oka poczułam jak w mocnym uścisku gniecie mi  żebra.


*Liw*

             Ściskałam ją w mocnym uścisku. Czułam się najszczęśliwszą osobą na świecie. Sama nie rozumiem jak mogłam żyć bez chodźby skrawka takiej euforii.
             -Liw... - wydusiła Weronika – Dusisz...
Zawstydzona wypuściłam ją z objęć. Spojrzałyśmy sobie w oczy. Miała błękitne tęczówki niczym niebo świeżo po deszczu, ale kolor trawy wstąpił na teren jej oczu. Świeciły się od ekscytacji. Wybuchnęłyśmy śmiechem. W końcu się spotkałyśmy. Znów rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Tym razem zwróciłam uwagę na moją siłę.
             -Wer... Wiesz może gdzie jest Ambasada Amerykańska? Musimy tam odprowadzić mojego tatę i mamy czas dla siebie... - powiedziałam lekko onieśmielona całą tą sytuacją.
             -To niedaleko mojej szkoły! Chodźmy!
Od razu zaczęłyśmy rozmawiać. Głownie to ja opowiadał o podróży, ale potem nasza rozmowa zeszła na inne tematy. Nie mogłam się nadziwić jej czekoladowym kolorem włosów. Gadając z nią przez kamerę wydawało mi się, że jej kosmyki mają kolor ciemnego blondu. Mój ojciec wcale się nie odzywał. Uważał, że nie jestem do końca normalna.. Może miał rację? Kiedy zniknął w wielkim żółtym budynku, rozkręciłyśmy się z gadaniną. Nagle zobaczyłam ciemną postać na drugim krańcu uliczki. Wer ciągle mówiła. Siedziała to niego tyłem. Nagle zrozumiała, że jej nie słucham.
             -Liw? LIW!
Zamrugałam.
             -Wer... Obróć się... Powoli...
Obkręciła głowę w strony ciemnej istoty. Lekko zadrżała i jakby skamieniała. Sama nie lepiej zareagowałam. Oddech mi przyśpieszył i adrenalina skoczyła na niebezpieczny poziom. Nawet jeśli miałabym uciekać... Tata miał niedługo wrócić, a ja miałam jego telefon. O cholera. Nagle postać zasłoniło nam auto policyjne, które na sygnale mignęło tuż przed ciemną osobą. Zdenerwowana próbowałam wypatrzeć mężczyznę, który przed chwilą tam stał. Mógł odejść parę kroków, ale... on znikł. On po prostu wyparował.