*Wer*
-Dość. ..Proszę. ..- ledwo wykrztusiłam.
Zaraz zobaczyłam oślepiające światło nbsp; , które wlecieliśmy. Poczułam jak z hukiem uderzam o ziemię. Upadłam na mój prawy bok. Przez chwilę się nie ruszałam a potem łapczywie wciągałam powietrze. Nadal leżąc , zaczynałam łapać ostrość i oglądać wszystko dookoła. Znalazłam się na wzgórzu. Stamtąd widziałam las , strumienie, hangary , a w dolinie coś na kształt wioski. Powoli usiadłam niestety czując ogromny ból w nodze , dokładnie w udzie i ramieniu.
-Nico...- zawołałam jednak go tu nie było.
Po chwili dotarła do mnie istotna informacja. ,, Jestem w obozie pół krwi. No fajnie ale co teraz?!". Zaczęłam sobie przypominać całą twórczość Ricka Riordana o Percy'm.
Wtedy z wielkim bólem obróciłam się i ujrzałam sosnę Thalii . Resztką sił przyczołgałam się do niej i usiadłam wśród jej korzeni. Musiałam czekać na pomoc . Było mi gorąco więc jakoś z bólem zajęłam z siebie tunikę i związałam w pasie. Ramię z każdym ruchem mi dokuczało coraz mocniej. Kiedy już byłam na skraju wytrzymałości usłyszałam głosy i kroki. Były szybkie jak by ktoś biegł. Towarzyszył im jeszcze dźwięk uderzanego metalu o metal.
Wstałam na lewej nodze i zamiast ruszyć do ,, wioski"pokuśtykałam w stronę źródła tych dźwięków. Oczywiście ja jak to ja potknęłam się o coś i zaczęłam turlać się w dół górki. Kiedy odzyskałam równowagę i siedziałam a nie leżałam zobaczyłam , parę nastolatków w zbrojach , z mieczami bądź toporami. Wszyscy na mnie patrzyli.
- Ej ona chyba nie gra!- ktoś krzyknął z tłumu.
-Ale ma w ręku flagę!
Spojrzałam na nich krzywo. Kręciło mi się w głowie i ledwo trzymałam fason. Spojrzałam na moje ręce. Miałam w jednej skrawek materiału. Jakaś dziewczyna o blond włosach podeszła do mnie i kucnęła na przeciw mnie.
- Jak się tu znalazłaś?
-Nico... Prometeusz. .. Rick... ciemno...- z trudem mówiłam każde słowo. Choć i tak żadne z nich nie miało dużego sensu.
- Jest ranna. Niech ktoś ją zabierze do Wielkiego Domu. Skuliłam się.
Z tłumu wyłonił się wysoki , brunet o błękitnych oczach. Podszedł do mnie, uśmiechnął się serdecznie i wziął mnie na ręce.
-Ał! - krzyknęłam z bólu. To mnie trochę ,, orzeźwiło" . - Pójdę sama!
- Powiedz co Cię boli to będę uważać. - powiedział chłopak.
- Możesz mi pomóc iść ale nie nieść. - zaprotestowałam i zaczęłam się wiercić. On natomiast grzecznie mnie odstawił i pomógł mi iść. Wszyscy nastolatkowie zaczęli iść wolnym krokiem za nami.
- Jak Cię zwą? - zapytała blondynka.
- Y co? - byłam zdezorientowana.
-Jak masz na imię .- wytłumaczył chłopak.
- A... Wer...
- Jestem Percy. ..
- Jackson! - dokończyłam za niego wyszczerzając oczy.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Aż taki sławny jestem?
Puściłam jego komentarz mimo uszu.
- Ty jesteś Annabeth Chase.
- Nie inaczej. - przytaknęła jednak w jej oczach widziałam lekki niepokój.
- To wszystko jest cholernie beznadziejne. - odparłam gdy zbliżyliśmy się do obozu Herosów.
- Dziwne jest to skąd ty to wszystko wiesz.- odparł nieznajomy głos. Nagle zza drzewa wyszedł od pasa w górę człowiek a w dół ... koń.
- I jeszcze to do tego! - pokazałam błagalnym gestem. - ja chcę się obudzić z tego koszmaru!
Wszyscy w okół mnie zaczęli się śmiać.
- To jest jawa. - odparł nieznajomy.
- Y... Chejron. ..?
- Owszem.
Nagle zaczęło mi się kręcić w głowie. I ogarnęła mnie ciemność.
*******************
Ale później do mnie dotarło.
Zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu , w którym się znalazłam. Była to mała izba. Po kątach były rozstawione szafki i szuflady , niektóre były otwarte i dostrzegłam w nich bandaże , skalpel i maści. Nie opodal mnie siedział chłopak. ..
- Nico. ..- zaskomlałam. Jednak miałam cichą nadzieje , że to był sen.
- Też się cieszę , że Cię widzę Weroniko. - odparł ponuro.
- Znaczy to nie tak! Miałam cichą nadzieję , że to był sen...
- Po obiedzie masz wizytę Chejrona.
- Nico siedział trochę niechlujnie, nogi miał szeroko rozstawione, lekko się garbił i popierał się na rękach.
- Czemu nas tak zaatakowałeś?
- Wiedziałem , że Prometeusz was goni. I chciałem mieć to z głowy.
Zmrużyłam oczy.
- No dziękuję. .. Gdzie jest Liw!?- zerwałam się z miejsca.
-Pani O'Leary ją zabrała ale nikt nie wie gdzie. Po prostu zniknęły .
- Trzeba je znaleźć!
- Na razie nie. Zaraz centaur przyjdzie. - Nico wstał , ze stołka i ruszył do drzwi.
- Czekaj.!
Chłopak na mnie spojrzał.
- Czyli bogowie olimpijscy istnieją a twoim ojcem jest...
- Hades. - wtrącił i wyszedł.
Chyba był naiwny , że zostanę tu i będę udawać , że nic się nie stało. Wstałam szybko z łóżka i od razu zauważyłam , że nic mnie nie boli. Na wszelki wypadek podskoczyłam dla pewności i zaraz rzuciłam się po skalpel. Tak dla bezpieczeństwa. Już miałam wyjść z domu kiedy drogę zostawił mi Chejron.
- Lepiej nigdzie nie idź. - powiedział rozbawiony.- A to .- skierował palec na narzędzie w mojej dłoni lepiej odstaw bo się pokaleczysz. Musimy porozmawiać o twojej przyszłości. Chodź ze mną.
* Liw *
Obudziłam się,
zasysając łapczywie powietrze. Otworzyłam od razu oczy. Nie
musiałam nawet przez chwilę zmuszać się do pobudki. Kraków.
Prometeusz. Weronika. Cień. Lupa... Wspomnienia nie dały o sobie
zapomnieć. Cień... Noga... Bałam się spojrzeć na złamanie.
Jednak w końcu się przemogłam. Piszczel był... zdrowy. Prosty i
normalny. Podwinęłam nogawkę od czarnych leginsów i okazało się,
iż to miejsce wygląda zupełnie normalnie... Co? Czyżby złamanie
i ból... To było złudzenie?
-No nieźle pospałaś...
Lupa zaczynała mieć wątpliwości... - usłyszałam męski głos
niedaleko mojego ucha.
Obok mnie, oparty o szarą
ścianę siedział chłopak. Był bardzo dobrze zbudowany. Kiedy
oddychał widziałam jak każdy jego mięsień pracuje. Jego
limonkowe oczy wpatrywały się we mnie z rozbawieniem. Krótkie,
postrzępione blond włosy wystawały w każdą stronę świata. Miał
na sobie szary podkoszulek na ramiączkach, jeansy i zielone trampki
z narysowanymi skrzydłami po boku.
-Chodź pomogę ci
wstać...
Podszedł do mnie od tyłu
i pomógł mi oderwać znieruchomiałe plecy od podłoża.
-Odejdź od niej
Eriku... - usłyszałam chrapliwy kobiecy głos.
Z cienia wyłoniła się
biała wilczyca.
-Musi pokazać, że
zasługuje na miano wojownika...
Blondyn odczekał, aż
oprę się łokciami o ziemię i puścił mnie. Z nie małym trudem
podciągnęłam się i wstałam chwiejnie na nogi. Moja postawa
dawała wiele do życzenia, więc wyprostowałam się jak igła,
byleby zadowolić surowego wilka. Widać było zadowolenie na pysku
trenerki.
-Idziemy na walkę
mieczami...
-Matko... - wtrącił
się chłopak – nie myślisz, że to dla niej za wcześnie?
Warknęła agresywnie.
-Nigdy nie waż się
podważać mego zdania wojowniku!
Chłopak okazał skruchę
i pochylił głowę. Zwierze się wyprostowało i uspokoiło.
-Za mną. - rozkazała.
* * *
-Ludzie to niebezpiecznie zdradliwa
rasa. Żadne inne stworzenie chodzące po Ziemii nie potrafiło
skrzywdzić tak bardzo inny jak i swój gatunek. Są okrutni... Ale
na okrucieństwo.. odpowiadać musimy my. Zostałaś moja mała
wojowniczko wybrana na moją wychowankę z Polski... Czuj się
zaszczycona.. - mówiła bardzo powoli wilczyca.
Przestąpiłam z nogi na nogę.
-Co cię trapi? - przekrzywiła głowę
z zaciekawienia.
-Jak ty się w ogóle z nami
porozumiewasz..?
Jej klatka zadrżała co wskazywało na
rozbawienie nauczycielki.
-Nie zauważyłaś, że nie poruszam
szczęką...?
Przewróciłam oczami.
-Może nie jestem doinformowana.. ale
nie głupia!
-Nie wzbudzaj w tobie twych Marsowych
zapędów! Spokojnie... Nie twierdze, że Minerwa cię opuściła...
Tu... W mojej jamie w której wychowuje wojowników... Wszyscy słyszą
myśli wszystkich, ale tylko takie jakie udostępniają...
Kiwnęłam głową. Nie mam zamiaru
nikomu nic „udostępniać”. Nastała krępująca cisza. Po raz
pierwszy skupiłam się na sali treningowej.. chociaż raczej..
jaskini treningowej. Miałam wrażenie, że znajdujemy się pod
wielką kopułą. Nie było tu żadnych mebli, mat czy okien. Ściany,
podłoga, sufit... wszystko było z szarego kamienia. Jedynymi
elementami na sali były cztery pochodnie zawieszone pod sklepieniem
oraz rozrzucone na ziemi bronie. Jama posiadała też swoją własną
krystaliczną rzeczkę, która wartko płynęła przy wschodniej
ścianie.
-Liwio pora zacząć trening... - po
tych słowach, ustawiła się w pozycje atakującą.
Cofnęłam się lekko przerażona.
-A... ale tak bez żadnych
przygotowań?!
Przewróciła oczami.
-A myślisz, że na wojnie powiedzą
ci co i jak?
Prychnęła na swój wilczy sposób i
przygotowała się do skoku. Obudziły się w mnie półboskie
zdolności. Odskoczyłam do tyłu i przeturlałam się na plecach.
Chwyciłam za miecz. Podniosłam ostrze do góry i wycelowałam w
Lupę. Jednak ona nie zrezygnowała, już szykowała się do kolejnej
szarży.
-Nie chcę cię skrzywdzić! -
krzyknęłam ze strachem.
Jednak wilczyca nie słuchała rzuciła
się, a ja uderzyłam z zabójczą prędkością w zwierze.
Usłyszałam cichy pisk. Z łapy lała się bordowa krew. Rzuciłam
się na kolana.
-Na różowe slipki Aresa...
Przepraszam! Mówiłam ci, że nie chcę...
-Wspaniale! - powiedziała ostrożnie
się podnosząc – mogła ci się to wydawać prosta walka! Twoja
sztuka walki.. niesamowite! Nie muszę cię nic z tego uczyć!
Opadła mi szczęka. Czy Lupa...
właśnie.. wstała z noga ociekającą od krwi... i mówi.. mi.. jak
jest ze mnie dumna... że prawie jej odcięłam kończynę?!
-C..co?!
-Twój rodzic z każdym dniem staje
się bardziej nie do odgadnięcia! Mars? Minerwa?
Przymknęłam oczy.
-Chyba nie rozumiem...
-Wiesz, że to wszystko istnieje..
wszyscy bogowie i pół-bogowie... Naprawdę myślałaś, że w tym
wszystkim jesteś śmiertelnikiem? - spytała jakby odpowiedź była
oczywista.
-Y... TAK?! - podkreśliłam słowa
prostując ręce.
Wilczyca wybuchła serią krótkich
szczeków, która przypominała śmiech.
-Mała wojowniczko... Od ciebie bije
wielka moc... Nawet nie jesteś świadoma... - przerwała w połowie
zdania i rzuciła opanowane spojrzenie w stronę wejścia.
-Zapraszam Ericku..
Chłopak nieśmiało wszedł
do pomieszczenia.
-Matko... Masz gościa...
Kiwnęła w moją stronę.
-Niestety.. Muszę się
udać na chwilę.. Zostawiam cię w rękach wojownika..
Skinęłam głową. Biała
wilczyca wyszła zamiatając ogonem ziemie. Kiedy zniknęła mi z
oczu spojrzałam z wyrzutem na Erika.
-To twoja matka? - palnęłam
z grubej rury.
Uśmiechnął się ciepło.
-Nie... ale każdy tak do
niej mówi. W końcu też zaczniesz... A tak naprawdę jestem synem Hermesa... - podał mi rękę na przywitanie.
Skrzyżowałam ręce na
piersi. Speszony cofnął dłoń.
-Myślisz, że to robi
wrażenie? - spytał.
-Co niby?
-Że mówisz.
-Co? - potrząsnęłam
głową zdezorientowana.
-Im dłużej tu przebywamy
tym bardziej zatracamy umiejętność mowy... Ja chyba nie mówiłem
od 60 lat...
Zamrugałam oczami. No tak..
-Hej.. ile ty masz lat?
-W sumie... koło 78 lat...
ale wiesz... tu czas stoi.. - w jego głosie wyczuwałam smutek.
-Spędziłeś w tej jamie
60 lat?
Przytaknął.
-Jak się tu znalazłeś?
Erik był tajemniczy. Nic
nie odpowiedział. Jego oczy wyglądały jak ze szkła... Chyba..
chyba miał się zaraz popłakać. Podeszłam do niego i przytuliłam
go. Gorący tors drżał. Nie był o wiele wyższy ode mnie. Pachnął
wanilią.
-Nie powinniśmy tego
robić...
-Czemu niby? - powiedziałam
szeptem.
-Tu nikt nie powinien
okazywać uczuć...
-Ponad pół-wieku bez
emocji? - zdziwiłam się.
-Nikt tu tyle nie jest..
Oderwałam od niego twarz.
-No.. zostałem oficjalnym
pomocnikiem Lupy.. Będę jej służyć do końca życia... Jeśli
dobrze pójdzie też dostaniesz taką szansę...
-Błagam cię... to
więzienie,a nie szansa!
Skarcił mnie wzrokiem.
-To zaszczyt...
I na tym zakończyliśmy
rozmowę. Puściłam go i cofnęłam się, a chwilę później
wróciła moja trenerka.
-No to możemy wrócić do
treningu czy wolicie...?
-Wolę zostać sama... -
warknęłam myślami.
Poczułam karcący wzrok
Lupy, więc wyszłam wściekła.